kochaj, streamuj i nie pytaj

„Najłatwiej sprzedać człowiekowi obowiązek wtedy, gdy nazwie się go miłością” - Bałaganiara


Kilka lat temu weszłam w świat k-popu, świat, który był dla mnie nowością, bo wiele rzeczy, które dostrzegłam, było niespotykanych wśród wykonawców, z którymi do tej pory miałam do czynienia. Zachwycił mnie wtedy BTS - niesamowita choreografia, teledyski, które opowiadały historie a nie pokazywały jedynie seksowne kobiety wyjące się wokół samca. A przede wszystkim teksty piosenek trafiające w najczulsze struny duszy. Zachwycił mnie też fandom, który okazał się nie do końca taki jak sądziłam (o czym pisałam tutaj). Problem polega na tym, zauważyłam, że za tym wszystkim kryje się coś, co niekoniecznie można nazwać pozytywnymi wibracjami.

IDOL TO CHODZĄCY IDEAŁ, GOTOWY SPEŁNIAĆ FANOWSKIE ZACHCIANKI

Idol powinien być pogodny. Powinien cierpliwie odpowiadać na pytania, wykonywać prośby fanów i sprawiać wrażenie zachwyconego wszystkim, co się wokół niego dzieje. Niczym osobista maskotka, która została stworzona po to, aby poprawiać humor za każdym razem, gdy życie fana przypomina projekt bez nadzoru.

Nie powinien być zmęczony, zirytowany, smutny, znudzony ani zwyczajnie nieobecny myślami. Jeśli przez kilka sekund nie wygląda na wystarczająco szczęśliwego, Internet rozpoczyna dochodzenie, rozkładając na czynniki pierwsze każdy gest i szukając rozwiązania zagadki, którą sam przed chwilą wymyślił. Bo możliwość, że człowiek miał gorszy dzień, spał cztery godziny albo przez chwilę nie chciało mu się promienieć wdzięcznością, najwyraźniej nie mieści się w przyjętym wyobrażeniu.

Praca artysty polega na tworzeniu i wykonywaniu muzyki. Nie na udawaniu dobrego nastroju przez 24h/dobę, żeby żadna osoba z dostępem do Internetu nie poczuła się osobiście odrzucona.

PRAWDZIWY FAN PRACUJE ZA DARMO I JESZCZE ZA TO PŁACI

Prawdziwy fan nie śpi, nie choruje i nie ma obowiązków. Konsultuje instrukcję streamowania przygotowaną przez fandomowy sztab kryzysowy, otwiera pięć urządzeń, pilnuje playlist i realizuje normę produkcyjną.

W pewnym momencie fandom przestaje przypominać społeczność ludzi, którzy lubią muzykę, a zaczyna przypominać nieopłacany dział marketingu bez prawa do urlopu. Tylko dział marketingu zwykle dostaje pensję. Fan dostaje za to poczucie winy.

Ale sama darmowa praca najwyraźniej nie wystarcza. Prawdziwe wsparcie musi jeszcze zostać zaksięgowane.

Nie kupujesz albumu? Nie zależy ci na sukcesie artystów. Nie masz oficjalnego lightsticka? Być może jesteś tylko sympatykiem. Nie zamawiasz merchu? Korzystasz z fandomu, ale niczego nie dajesz od siebie.

Możesz słuchać zespołu od dziesięciu lat, znać jego dyskografię i czerpać z niej prawdziwą wartość, ale jeśli nie kupiłeś edycji Moonlight Lavender Limited Random Photocard Special Version, twoja miłość najwyraźniej nie przeszła autoryzacji płatności.

I takim oto sposobem relacja z muzyką zostaje zamieniona jednocześnie w etat i program lojalnościowy. Fan ma promować, głosować, streamować, kupować i jeszcze być wdzięczny, że może to robić. Stając się pracownikiem, który sam finansuje swoje stanowisko.

AKCEPTUJ. I BEZ PYTAŃ PROSZĘ MI TU.

W idealnym fandomie nie ma krytyki. Jest tylko wsparcie, zachwyt oraz okazjonalne podejrzenie, że każda osoba z innym zdaniem została opłacona przez konkurencyjną wytwórnię a wszelkie pytania zostają uznane za sianie negatywności. Bo przecież można kochać tylko bezwarunkowo, bez niewygodnych pytań o ceny biletów, współprace reklamowe, zachowanie artystów czy działania firmy.

Tyle że krytyczne myślenie nie oznacza polowania na każde potknięcie. Nie wymaga również publicznego linczu. Oznacza jedynie, że sympatia nie odbiera człowiekowi zdolności zauważania problemów. Można wspierać zespół i jednocześnie dostrzegać problemy w działaniu jego wytwórni. Można podziwiać artystę i nie zgadzać się z jego decyzją. Można cieszyć się z bycia częścią fandomu i mówić głośno, że część jego zachowań jest toksyczna.

Jeżeli wspólnota zakazuje pytań, nie jest już wspólnotą. Jest kiepsko zarządzaną sektą z wyjątkowo drogim merchem.

 SKORO PIOSENKA POBIŁA REKORD, MUSI BYĆ GENIALNA

Najpierw organizujemy masowe streamowanie, kupowanie wielu kopii i głosowanie z kilku kont. Następnie udajemy (przed sobą też), że powstałe w ten sposób wyniki są całkowicie spontanicznym dowodem artystycznej doskonałości. Bo przecież piosenka ma sto milionów odtworzeń, więc musi być dobra. Album sprzedał się w kilku milionach egzemplarzy, więc krytyka zostaje unieważniona. Teledysk pobił rekord w pierwszej dobie, zatem osiągnęliśmy ostateczną prawdę o muzyce.

To trochę tak, jakby cała rodzina została zobowiązana do głosowania na bigos wujka Zbyszka, a później wujek Zbyszek ogłosił, że jego zwycięstwo wynika wyłącznie z niezaprzeczalnych walorów smakowych. Problem zaczyna się wtedy, gdy statystyki przestają wspierać opowieść o sukcesie, a zaczynają ją zastępować. Liczby nie pokazują już, ilu ludzi naprawdę słuchało muzyki, lecz jak skutecznie fandom potrafił wykonać normę. 

NIE LUBISZ KAŻDEJ PIOSENKI? JESTEŚ HEJTEREM!!!

Fan powinien kochać wszystko - każdy album, piosenkę i jej remiks, każdą współpracę reklamową. Bo jeśli nie podoba ci się nowy singiel -nigdy nie byłeś prawdziwym fanem. Jeśli uważasz, że poprzedni album był lepszy to żyjesz przeszłością i nie szanujesz rozwoju artystycznego. Nie przemawia do ciebie najnowsza koncepcja? Najwyraźniej jej nie rozumiesz.

Istnieje również rozwiązanie awaryjne: można uznać, że piosenka została celowo napisana tak, aby nie dało się jej polubić od razu. Nie jest słaba. Jest eksperymentalna. Nie jest chaotyczna. Wyprzedza epokę. Nie drażni ucha. Rzuca mu intelektualne wyzwanie.

Muzyka nie jest pakietem subskrypcyjnym, który trzeba zaakceptować w całości wraz z regulaminem. Można uwielbiać zespół i nie lubić części jego twórczości. Czy też zwyczajnie powiedzieć: „To nie jest dla mnie”. 

Gust nie jest zdradą. A fan, który potrafi odróżnić sympatię do artysty od automatycznego zachwytu nad każdym produktem, nie jest hejterem. Jest odbiorcą, któremu nadal działa własny mózg.

NIE KRYTYKUJ WYTWÓRNI, BO KRZYWDZISZ ARTYSTÓW

Chcesz mi powiedzieć, że firma, zarząd, akcjonariusze, dział marketingu oraz wykonawcy dzielą wspólny układ nerwowy? Nie wolno pytać o eksploatowanie artystów, warunki pracy, sposób promocji ani komercjalizowanie relacji z fanami? A kiedy ktoś pyta o ceny biletów albo liczbę wersji albumu, idol natychmiast odczuwa ból w lewej łopatce?

Ach tak… ta piękna opowieść o wielkiej rodzinie.

Coś ci zdradzę - wytwórnia nie jest rodziną. Jest przedsiębiorstwem. A idol może, lecz nie musi być bezbronną marionetką. Może mieć wpływ na decyzje, podpisywać umowy, inwestować czy korzystać finansowo z rozwiązań krytykowanych przez fanów.

Bronienie korporacji w imię ochrony zatrudnionych przez nią milionerów jest dość osobliwą formą oddolnego aktywizmu. Szczególnie gdy robią to ludzie zastanawiający się jednocześnie, czy mogą sobie pozwolić na ratę za limitowany lightstick.

PRZECIEŻ NIKT NIE KAŻE CI KUPOWAĆ

Formalnie rzeczywiście nikt nie stoi nad fanem z terminalem płatniczym.

Istnieją tylko różne okładki, losowe karty, limitowane dodatki, wersje przypisane konkretnym członkom zespołu, przedsprzedażowe bonusy i systemy, w których liczba zakupionych kopii zwiększa szansę na udział w fan callu lub spotkaniu z idolem.

Całkowity przypadek. Czysta spontaniczność rynku. Nikt niczego nie sugeruje.

Każda wersja jest przecież przygotowana z myślą o różnych gustach fanów. Dlatego niektórzy kupują jedną, a inni trzydzieści, aby zdobyć komplet kart i poprawić wynik sprzedaży. Konsument sam zdecydował. Marketing jedynie delikatnie otoczył go systemem presji społecznej, niedostępności i losowych nagród.

Jeszcze ciekawiej robi się wtedy, gdy te same osoby mówią jednocześnie: „Nikt nie każe ci kupować” oraz: „Jeżeli nie kupujesz, nie wspierasz zespołu”. Wolny wybór, tylko wynik powinien się zgadzać. 

ODDYCHAM Z MYŚLĄ O TOBIE. 
ZASYPIAM Z MYŚLĄ O TOBIE – MÓJ UKOCHANY FANIE.

Każdy sukces powinien zostać natychmiast poświęcony fanom. Każda nagroda jest dla fandomu. Każda piosenka powstała z myślą o fandomie. Każdy oddech prawdopodobnie również. Jeśli w jakikolwiek sposób pokaże coś innego, to jest egoistycznym niewdzięcznikiem, który zapomniał komu zawdzięcza sukces.

Drogi systemie, drogi fanie - wdzięczność nie powinna oznaczać obowiązku nieustannego deklarowania emocjonalnej zależności. Artysta może być wdzięczny fanom i jednocześnie tworzyć dla siebie. Może cenić fandom, ale nie budować wokół niego całej tożsamości. Może również pewnego dnia uznać, że chce żyć inaczej.

Idol może tworzyć dla fanów. Nie istnieje dla nich.

IDOL POWINIEN CZEKAĆ NA MNIE

Idol może śpiewać o miłości, tęsknocie i pożądaniu. Nie powinien natomiast popełniać kardynalnego błędu i naprawdę się zakochać. Związek oznacza przecież zdradę.

Fan inwestował emocje, czas i pieniądze, a teraz dowiaduje się, że idol nie czekał cierpliwie na spotkanie z nim przy regale z albumami. Cała relacja istniała tylko w jego głowie? Skandaliczne oszustwo. Więc koniecznie trzeba hurtowo pisać listy protestacyjne z żądaniem odejścia z zespołu i dramatycznymi deklaracjami rozczarowania. 

Czasami przestępstwo jest jeszcze poważniejsze: idol bierze ślub albo informuje, że zostanie rodzicem. Jak mógł stworzyć rodzinę bez wcześniejszej zgody ludzi, którzy kupili jego płytę? No jak tak można? 

Mam propozycję – dorośnij i zrozum, że życie prywatne idola nie jest wspólnym projektem fandomu. A zakup albumu daje prawo do posiadania albumu. Nie do człowieka znajdującego się na jego okładce.

PŁACĘ WIĘC JESTEŚ MOJĄ WŁASNOŚCIĄ

To zdanie staje się uzasadnieniem przekonania, że fanom należy się dostęp, posłuszeństwo i emocjonalna dyspozycyjność

Skoro idol jest „dla fanów”, powinien robić to, czego fani oczekują. Powinien częściej prowadzić transmisje, odpowiadać na wiadomości, wyglądać w określony sposób i odpowiednio zachowywać się wobec pozostałych członków zespołu. Powinien również rozumieć, że jego prywatność kończy się tam, gdzie zaczyna się ciekawość fandomu.

Szkoda tylko, że fani nie rozumieją, że idol nie jest aplikacją do wsparcia emocjonalnego ani projektem służącym do wypełniania braków w cudzym życiu. To, że jego muzyka komuś pomogła, nie oznacza, że od tej chwili ponosi odpowiedzialność za samopoczucie tej osoby. To, że fan poczuł z nim więź, nie oznacza, że więź jest wzajemna. To, że artysta dzieli się częścią swojego życia, nie oznacza, że oddaje fanom całą resztę. To życie przez cały czas należało do niego.

SHIPOWANIE TO TYLKO NIEWINNA ZABAWA

Analizy mowy ciała, ukrytych znaczeń, ustawienia dłoni i odległości między krzesłami. Każde zachowanie staje się dowodem romantycznej relacji. Jeżeli dwie osoby są blisko, na pewno są parą. Jeżeli się unikają, robią to, aby ukryć związek. Jeżeli zaprzeczają, wytwórnia zmusza ich do kłamstwa.

Teoria jest doskonała, ponieważ każdy fakt ją potwierdza. Fani mówią wtedy, że robią to z miłości. 

Forma miłości, z którą jest jeden potężny problem – o ile shipowanie fikcyjnych postaci jest elementem zabawy z opowieścią, o tyle shipowanie prawdziwych ludzi dotyczy osób, które mają własną prywatność i granice. Może również wpływać na ich wzajemną relację, która bywa tylko i aż przyjaźnią. Przyjaźnią opartą nie tylko na wspólnym śpiewaniu i tańczeniu, lecz także na razem przeżywanych porażkach, lękach, przykrych sytuacjach i radości z sukcesów. Nie szanując tego sprawiamy, że mogą zacząć uważać na gesty czy czuć się niezręcznie, wiedząc, że każda interakcja zostanie seksualizowana i poddana zbiorowej analizie.

To dość niezwykła forma miłości, która nie wymaga zgody osób nią objętych. A kiedy cudze granice przestają obowiązywać w jednej sferze, szybko okazuje się, że nie obowiązują również w żadnej innej.

 SZANUJ PRYWATNOŚĆ JEGO, JAK JA FAN NIE ROBIĘ TEGO

Zdjęcie zostało zrobione bez zgody, ale przecież już krąży. Adres hotelu ktoś opublikował, więc nie jest tajemnicą. Numer lotu można znaleźć, zatem śledzenie artysty na lotnisku nie narusza prywatności.

Fandomy bardzo chętnie potępiają sasaengów, ale jednocześnie konsumują dostarczane przez nich informacje. Oficjalnie wszyscy brzydzą się naruszaniem prywatności. Nieoficjalnie analizują zdjęcia, samochody, mieszkania, tatuaże, znajomości i domniemane związki.

Logika jest prosta: jeśli wystarczająco wiele osób uczestniczy w przekraczaniu granicy, granica przestaje istnieć.

Kradzione zdjęcie nie staje się legalne dlatego, że zapisało je pięć tysięcy kont. Podobnie płonący dom nie zamienia się w oficjalne ognisko tylko dlatego, że zebrała się przy nim publiczność.

Nie można twierdzić, że chroni się artystę, a jednocześnie rozpowszechniać materiały zdobyte kosztem jego bezpieczeństwa. Ciekawość nie jest prawem dostępu.

PRZECIEŻ ON JEST TYLKO CZŁOWIEKIEM – MA PRAWO DO BŁĘDÓW

Nie znamy całej sytuacji, więc naturalnie musimy natychmiast stanąć po jednej ze stron. Najlepiej po stronie idola. Nieznajomość faktów staje się dowodem niewinności. Pojawiają się alternatywne wersje wydarzeń, analizy tłumaczeń, świadectwa anonimowych kont i teorie o kampanii konkurencyjnej wytwórni.

Każda osoba zgłaszająca problem chce zniszczyć karierę artysty. Fandom buduje całe uniwersum, w którym idol jest ofiarą spisku obejmującego media, państwo, byłych znajomych, konkurencję i przypadkową kelnerkę.

Tymczasem istnieje jeszcze jedna możliwość: można poczekać. Bez uczestniczenia w linczu czy automatycznego rozgrzeszania człowieka tylko dlatego, że lubimy jego muzykę.

„Nie wiem” jest pełnoprawną odpowiedzią. 

Fandom ma zresztą niezwykły talent do przechodzenia od bezwarunkowego rozgrzeszenia do publicznej egzekucji, jakby pomiędzy nimi nie istniały fakty, proporcje ani odpowiedzialność.

PRZEPRASZAJ BEZ KOŃCA

Jedno „przepraszam” oczywiście nie wystarczy. Trzeba opublikować odręczny list, pochylić głowę, zniknąć na kilka miesięcy, ponownie przeprosić podczas transmisji i najlepiej jeszcze wyglądać na człowieka, który nigdy już nie zazna radości. Dopiero wtedy fandom zastanowi się, czy pozwoli mu żyć dalej.

Czasami powód jest poważny i rzeczywiście wymaga odpowiedzialności. Innym razem przestępstwem okazuje się niewłaściwe słowo, brak wspomnienia o fandomie, spotkanie z drugą osobą albo zachowanie, które nie pasowało do wyobrażeń fanów.

Przeprosiny przestają służyć naprawieniu szkody. Stają się rytuałem publicznego upokorzenia. Fandom nie chce wiedzieć, czy człowiek zrozumiał problem i zmienił zachowanie. Chce widzieć odpowiednią ilość cierpienia.

Oczywiście później te same osoby mówią o trosce o zdrowie psychiczne idoli, a gdy dochodzi do tragedii, pytają ze łzami, dlaczego nikt wcześniej nie zareagował. Najwyraźniej troska zaczyna obowiązywać dopiero po zakończeniu egzekucji.

FANWAR TO OBRONA ARTYSTY

Ktoś skrytykował piosenkę. Inny zespół wygrał głosowanie. Solista znalazł się wyżej na liście. Rozpoczyna się więc obrona honoru. Polega ona zwykle na obrażaniu obcych ludzi, wyśmiewaniu wyglądu artystów, przypominaniu ich najtrudniejszych momentów i życzeniu im rozpadu kariery.

W imię miłości, naturalnie.

Idol prawdopodobnie nie wie o heroicznym czynie fana. Z pewnością jednak byłby wzruszony, gdyby dowiedział się, że ktoś w jego obronie wysłał innej osobie groźby i wkleił pod jej zdjęciem kilkaset obelg.

Nie bronisz artysty, niszcząc innych ludzi. Bronisz własnego poczucia przynależności i używasz idola jako usprawiedliwienia.

TO KWESTIA KULTURY

Czyli magiczne hasło zamykające każdą rozmowę, w której pojawia się niewygodny temat dotyczący Korei czy dotyczący Korei lub branży k-popowej. 

Nadmierna kontrola wyglądu? Kultura. 

Praca ponad siły? Kultura.

Mizoginia? Kultura.

Naruszanie prywatności? Kultura.

Infantylizowanie dorosłych ludzi? Również kultura, więc proszę się nie wtrącać.

Kontekst kulturowy może pomóc coś zrozumieć. Nie zamienia automatycznie każdego zachowania w coś dobrego ani nietykalnego. Kultura nie jest kartą pozwalającą wyjść z dyskusji bez dalszych pytań.

Można unikać zachodniej wyższości i jednocześnie nie udawać, że wyzysk staje się mniej wyzyskujący po przekroczeniu granicy państwa. 

POKAZUJĄ PRAWDZIWYCH SIEBIE, WIĘC NAPRAWDĘ ICH ZNAMY

Idol siedzi w hotelowym pokoju, je makaron, słucha muzyki i opowiada, jak minął mu dzień. Możemy zobaczyć jego zmęczenie, poczucie humoru, przyzwyczajenia i emocje. Wydaje się bliski, naturalny i znajomy. To właśnie dzięki takim chwilom rodzi się poczucie więzi, która dla wielu fanów jest ważna. 

Podczas live’a dla milionów odbiorców (czasem spontanicznego, często kontrolowanego) oglądamy fragment człowieka. Trudno zweryfikować, ile w tym spontaniczności, a ile publicznego obrazu współtworzonego przez artystę i wytwórnię. Może być w nim wiele szczerości, ale człowiek nie staje się naszym przyjacielem dlatego, że przez godzinę mówił do kamery o tym, co lubi jeść, jaki ostatnio oglądał film czy jakie są jego przemyślenia na temat ostatnio przeczytanej książki.

Relacja paraspołeczna nie jest sama w sobie czymś złym. Problem zaczyna się wtedy, gdy zapominamy, że jest paraspołeczna – jednostronna.

TOKSYCZNOŚĆ FANDOMÓW NIE JEST WYNIKIEM DZIAŁANIA PRZEMYSŁU

Przemysł przez lata mówi fanom „Jesteście rodziną” „Idol wszystko robi dla was” „Jego miłość należy do was” sprzedając iluzję wyłączności, emocjonalnej bliskości i wzajemnego oddania. A gdy fan zaczyna zachowywać się tak, jakby rzeczywiście był częścią prywatnego życia idola, wszyscy pytają ze zdziwieniem, skąd wzięło się jego poczucie własności.

Nie podlega żadnej wątpliwości to, że odpowiedzialność nadal spoczywa na tych, którzy przekraczają granice, nawet jeśli ktoś wcześniej sprzedał mu pięknie opakowaną fantazję. Nie oznacza to jednak, że przemysł jest niewinnym obserwatorem czy ofiarą. On zarabia na relacjach paraspołecznych. Korzysta z lojalności fanów, ich potrzeby przynależności oraz pragnienia bliskości. K-pop sprzedaje bliskość, fandom bywa skłonny zamienić ją w prawo własności, a przemysł później udaje, że nie wie, skąd wzięła się toksyczność.


Gdzie ja jestem w tym wszystkim? Wierzę, że nie muszę udawać, że idol jest chodzącym ideałem, zawsze go bronić, udawać, że firma, z której pochodzi to firma z rodzinną atmosferą. Idol jest dla mnie człowiekiem, którego mogę z jednej strony podziwiać, ale i też powiedzieć co mi się w jego zachowaniu nie podoba. Fan również powinien nim pozostać. Nawet jeżeli algorytm, wytwórnia i fandomowy regulamin bardzo starają się zrobić z niego portfel z funkcją streamowania.

I aby było jasne - nie twierdzę, że każdy fan zachowuje się w opisany sposób ani że każda forma zaangażowania jest toksyczna. Fandom może dawać radość i poczucie przynależności. Ten tekst dotyczy momentów, w których sympatia zmienia się w obowiązek, zaangażowanie w kontrolę, a wsparcie w prawo do decydowania o cudzym życiu.

Komentarze

SARKAZM KONTROLOWANY

ZAWODOWE OSOBLIWOŚCI